O autorze
Dobry Rok. Każdy jest dobry, ale ten na pewno będzie wyjątkowy, bo spędzony w podróży dookoła świata. Zapiski z poszczególnych etapów, wspomnienia, rady, relacje i opisy naszych uczuć z dala od Polski, z dystansem, subiektywnie, emocjonalnie. O nas samych i o świecie.

Teksty piszą: Anna Domańska, z wykształcenia dziennikarz, z doświadczenia koordynator projektów w firmach związanych z designem, Mariusz Sionek, planista produkcji w międzynarodowych firmach FMCG, otwarty umysł. Mieszanka wybuchowa i przyciągający przeciwieństwa duet w miłości i w drodze. Rzucili wszystko, żyją w podróży. Przynajmniej na razie...

Wspólnie prowadzą bloga www.dobryrok.wordpress.com

Indonezyjski wulkan Ijen – praca u wrót piekieł

Wulkan Ijen, Jawa Indonezja
Wulkan Ijen, Jawa Indonezja
Są na ziemi miejsca, gdzie nie rośnie nawet źdźbło trawy, nie biega jaszczurka, krajobraz jest surowy, nieprzyjemny, kosmiczny, atmosfera dusząca, a dłuższe przebywanie niebezpieczne. A mimo to 300 mężczyzn udaje się tam codziennie aby zarobić około 10 dolarów dniówki. Postanowiliśmy na własne oczy przekonać się jak jest na wulkanie Ijen we wschodniej części Jawy, w Indonezji, gdzie zaobserwować można fumarole siarkowe. Są to wyziewy wulkanu przez które wydobywa się min. dwutlenek siarki. Ale zacznijmy od początku...

Gdy samochód zaczął się wspinać na wyższe partie terenu w okolicach wulkanu Ijen, przez przyciemniane szyby naszego busa podziwialiśmy bujną przyrodę. Bambusy, tropikalne liany, palmy, bananowce i gigantyczne paprocie. W hotelu szybka kolacja i kilka godzin snu. O 1:00 w nocy wsiadamy do naszego busa i jedziemy pod wulkan. Wspinaczkę zaczynamy w zupełnych ciemnościach. Mozolna droga szeroką ścieżką, stromo pod górę. Dobrze, że jesteśmy wyposażeni w latarki na głowę i kurtki przeciwdeszczowe, bo niestety gdy tylko wysiedliśmy z samochodu rozpadało się na dobre. Idziemy w deszczu pod górę i po pewnym czasie jesteśmy cali mokrzy, nie tylko z padającego deszczu, ale również całkowicie przepoceni od wysiłku. Nad nami górowało tak gwieździste niebo, że to co widać nawet na wsi w Polsce wydaje się być marną podróbą. Na szczęście po jakiejś godzinie deszcz ustaje, a my dochodzimy do krawędzi krateru. Od pewnego czasu czuliśmy w powietrzu drażniący zapach. Okazało się, że są to wyziewy wulkanu.




Nasz przewodnik wyciąga z plecaka maskę gazową, a nas pyta się czy też takie mamy. Jak to miło z jego strony, że wcześniej nic nam nie powiedział, że cokolwiek takiego powinniśmy posiadać. Dobrodusznie zaleca nam, abyśmy zakryli nos i usta chustkami, szalikami, koszulkami, tak aby zminimalizować działanie oparów. Tak obstalowani zaczynamy schodzić w dół krateru. Droga jest wyboista, stroma i niebezpieczna. W dodatku w oparach dymu i w smolistych ciemnościach. Całe szczęście nasza grupa jest spora i wszyscy asekurują się wzajemnie. Spytacie pewnie: po co schodzić po ciemku do wulkanu? Nie lepiej poczekać do rana? Otóż robimy to w ciemności, aby móc podziwiać wydobywające się niebieskie języki ognia w miejscach, w których wyziewają opary wulkaniczne. Jest to niesamowity widok. Jakby ktoś używał gigantycznego palnika acetylowo-tlenowego. Ten pokaz niezwykłych płomieni można podziwiać tylko nocą, w dzień są niewidoczne. Z miejsc, gdzie wydobywają się płomienie wydobywa się również duszący dym. Gdy zawiewa w naszą stronę wszyscy duszą się i kaszlą niemiłosiernie, oczy łzawią. Nie byliśmy w stanie zbliżyć się do źródła, gęsty dym, zero widoczności, podmuchy wiatru skutecznie nas odstraszyły.


To nie jest przyjemna część naszej wyprawy. Razem z nami, w kierunku krateru podążali robotnicy, którzy przychodzą tu wydobywać siarkę. Zaczynają pracę w nocy, aby być na miejscu jak najwcześniej. Muszą bowiem przynajmniej 2 razy obrócić z ładunkiem siarki. Przychodzą tą samą drogą, którą i my pokonaliśmy. Zejście do krateru jest dla nich łatwe, z pustymi koszami. Natomiast droga powrotna pod górę – z ładunkiem od 60 do 90kg siarki - to już nie przelewki. Trzeba mieć mięśnie ze stali i równowagę linoskoczka. Wpierw jednak każdy z robotników musi samodzielnie wydobyć siarkę dla siebie. Pracują w pobliżu ognia, gdzie temperatura może dochodzić nawet do 1000 stopni Celsjusza, a wydobywający się duszący dym niszczy im płuca. W samym miejscu gdzie wydobywana jest świeżutka siarka temperatura może dochodzić do 245 stopni C. Nie wiem jaka jest średnia życia tych ludzi, ale nie jest chyba zbyt wysoka. Pracują bez ochraniaczy i zabezpieczeń. Na dodatek nie mają żadnego ubezpieczenia i jeżeli któryś z nich ulegnie wypadkowi musi radzić sobie później sam. Po drodze widzieliśmy kilku z nich z bliznami od oparzeń, ich drobne ciała były wyrzeźbione mięśniami ze stali, a barki posiniaczone od noszenia koszy. Przy tym opalone na żółto rzęsy to pikuś. Mimo to, każdy z nich pozdrawiał nas ze szczerym uśmiechem, odpowiadał cierpliwie na wszystkie pytania (które przecież powtarzane są przez wszystkich turystów).


Po godzinie nasz przewodnik zarządza odwrót. Niedługo będzie świtać. Wchodzimy z krateru na krawędź wulkanu, aby podziwiać wschód słońca. Kolory zmieniają się z minuty na minutę, szarość, granat, błękit, róż, czerwień, złoto. W dole możemy podziwiać lazurowe, kwaśne jezioro wulkaniczne. Gdy chmury na chwilę odchodzą możemy zaobserwować piękny jasnobłękitny kolor wody. Dynamiczny krajobraz, chmury, wschodzące słońce i kosmiczne, wulkaniczne skały wywarły na nas ogromne wrażenie. Ale to tylko siły natury, która drzemie we wnętrzu ziemi. Kręcąc z niedowierzaniem głową, na nas największe wrażenie wywarła siła człowieka, która drzemie w drobnych ciałach górników siarkowego wulkanu Ijen...


Zdjęcia z naszych podróży na: www.dobryrok.wordpress.com
Trwa ładowanie komentarzy...